Data napisania postu : 2009-06-30 22:21:31
Mirka
Przyjmij tę obrączkę” przedstawia czas, w którym Ashley jest już Narzeczoną i szykuje się do ślubu. Ale wszystkie z nas, przeglądające kiedykolwiek pisma tzw. kobiece i przeglądające artykuły, w których przyszłej pannie młodej radzi się zacząć przygotowania przedślubne już na półtora roku przed ważnym dniem, domyślają się, że sprawa ślubu jest dla Ashley niezbyt łatwa. Obserwujemy zatem jej walkę o ślub zgodny z jej życzeniem, a nie wyobrażeniem przyszłej szwagierki i teściowej (podstępnych żmij, nawiasem mówiąc), wieczór panieński bez nadmiaru bielizny i, co najważniejsze, o chęć zostania żoną.
Bohaterka książek jest dość szaloną trzydziestolatką, osobą wierzącą, zakupoholiczką, świetnie zorientowaną kto które spodnie zaprojektował. Mieszka z przyjaciółką z grupy singli, próbuje nie kpić z jej uporządkowanego świata i jednocześnie nie zamierza zmieniać swoich nawyków i nie spieszy się do bycia gospodynią domową. Jej filozofia życiowa polega między innymi na tym, że nie warto mieć w domu zbyt wielu talerzy, bo przecież zawsze można zjeść obiad poza domem;)
Polubiłam Ashley Stockingdale na tyle, że gdy przeczytałam „Moje życie…” pomyślałam, że ciekawość nie pozwoli mi czekać na przeczytanie następnej powieści Kristin Billerbeck i natychmiast zaczęłam lekturę „Przyjmij tę obrączkę”. Cieszę się, że ulegałam swojej ciekawości – czas spędzony w towarzystwie szalonej Ashley pozwolił mi zapomnieć o tym, że przez większość dnia za oknem jest ciemno, szaro i buro.
o 5.12.08 Autor: Prowincjonalna nauczycielka
9 komentarze Etykiety: literatura amerykańska